O nas Hogarthian Artykuły Warsztat Miejsca Wyjazdy Galerie Linki
     
 

 

Wyjazdy - Adv. Nitrox 28-31.07.2005 - „Kluskozagadka”  

Kluskozagadka

I znowu ruszyliśmy nad Hańczę. Inna ekipą, ale w zasadzie w tym samym celu – czegoś się wreszcie nauczyć. Było nas sześcioro – Marcin P, irlandzki Marcin, Wojton, Osa, Sonny i ja. Oczywiście Żaba i Kluska, jako asystentka. Zaczęło się od tego, że absolutnie nie mogliśmy trafić do Przełomki, czyli mieściny (hmmm, to chyba trochę za duże słowo), w której mieszkaliśmy. Razem z Marcinem P. (zwanym Podolaczkiem) i Kluską krążyliśmy po okolicy mniej więcej godzinę, aż w końcu znaleźliśmy Różę Wiatrów z drogowskazem na Przełomkę (chociaż po cichu podejrzewaliśmy, że Żaba chowa się w krzaczorach i co przejedziemy to przekręca te drogowskazy, żebyśmy nie trafili).

Dojechaliśmy. W czwartek rano najpierw śniadanie, a potem wykład. Sprzęt, pozycja pod wodą, kilka prostych praw fizyki (huśtawki, siły wyporu i tak dalej). Pogoda robiła się całkiem, całkiem, więc dopasowywanie sprzętu i jego konfigurowanie robiliśmy na tarasie. Chwilę później pojawił się na nim także duży stół no i zaczęło się – ćwiczenie stylów pływania. Kluska musiała się mocować z silnymi męskimi nogami. Niektórzy twierdzili wręcz, że dzień później, kiedy dojechał Trembi – kazała mu się kłaść na stole by mieć porównanie?.

Po kilkugodzinnych ćwiczeniach wreszcie do wody. Robi się generalnie coraz cieplej, więc perspektywa wkładania na siebie ocieplacza i suchego przestaje być aż taka miła. Nad jezioro trafiliśmy dość późno, wszystkie ćwiczenia w wodzie zajęły dużo czasu, więc siedzieliśmy do wieczora. Widoczność, która delikatnie mówiąc nie była najlepsza, utrudniała życie nie tylko nam, ale przede wszystkiej nieustannie śledzącej nas kamerze.

Pierwszego dnia suchy skafander wciąż nie należy do grupy moich najlepszych przyjaciół – upiera się by razem ze skrzydłem wyciągnąć mnie na powierzchnię. Nie dałam się, ale okupiłam to potężnymi skurczami w nogach. Stopniowo jednak poznajemy się – chociaż wciąż jest to tylko powierzchowna znajomość i do romansu nam daleko.

Zgłodniali rzuciliśmy się na kolację – chyba nic nie zostało, nawet kwaśny sernik został w całości spałaszowany. Sernik tak naprawdę był pyszny, Wojton pierwszy się na niego rzucił i chcąc zachować cały talerz dla siebie usiłował nam wmówić, że sernik kwaśny i niedobry. Nie daliśmy się nabrać.

Wieczorem omówienie naszych chaotycznych ruchów pod wodą (gdyż to co wyrabiały nasze stopy trudno nazwać żabką czy backkickiem). Do pierwszej nad ranem siedzieliśmy nad teorią. Dla mnie to była powtórka, dla innych absolutna nowość. Kluska ze świętą cierpliwością tłumaczy nam różne zawiłości, Żaba co chwila dodaje swoje i weź tu człowieku zorientuj się o co chodzi?..

Potem już porządek dnia był taki sam – rano wykłady, nad wodę ( i do wody), omówienie naszych postępów (bądź ich braku), znowu wykłady i spać. Niby każdy z nas był na tak zwanych wakacjach (w końcu dwa dni urlopu trzeba było wziąć), a tu pobudka wcześnie rano. W czwartek wieczorem dojechał Trembi. Już do końca na każdą dwójkę ćwiczących (przy czym jedna dwójka ze względu na ucho Sonniego, odmawiające współpracy, zamieniła się w trójkę) przypadała trójka instruktorów i to będących non stop w wodzie. Co za luksus?..

Dodatkowo przyjechała Dzidzia. Bartek co rano dawał nam wszystkim do zrozumienia, że nie mamy szans kręcąc głowa na „nie” i mówiąc „Ba, ba... Ba ba”. W sobotę rano dotarła jeszcze Kapusta, męcząc już i tak wykończonego Trembiego. Bycie instruktorem to jednak wcale nie taka prosta rzecz – powiedziałabym, że mocno męcząca. Że też Klusce się chce?.

Stopniowo robimy postępy pod wodą. Wojton – jak sam powiedział – pierwszego dnia w ogóle nie wiedział, że ma partnera, ale ponieważ w końcu zostali sobie przedstawieni, to już pozostał Osie wierny odkrywając przyjemności prawdziwego, partnerskiego związku. Irlandzkiemu Marcinowi Trembi przywiózł płytę i uprząż, co powodowało konieczność przekonfigurowania całego sprzętu. Podolaczek ze stoickim spokojem znosi moje humory pod wodą. A ja? no cóż – walczę z demonami siedzącymi w głowie i próbuję bezdechy (raz z większym, ale w końcu z mniejszym sukcesem – chciałam się utopić, tylko Żaba mi nie pozwolił?J. W końcu Wojtonowi udało się zapamiętać, że jednak trzeba zmienić gaz (po tym jak mu dużymi literami napisał na wet notes – ZMIANA GAZU NA 9 METRACH). Osa nie gubi szpulki lub bojki (może i moja szpulka to wymysł kurwy i szatana, ale się nie gubi), a wszyscy zakręcamy zawory z lekkością baletnicy (no dobrze, trochę przesadziłam).

Sonny z bolącym uchem i zębem robi za nadwornego fotografa – ciekawe co z tego wyszło?

Wieczorne oglądanie siebie pod wodą (na tyle na ile udawało się nas nagrać – nie dość, że słabo widać pod woda to na dodatek wciąż podnosimy chmary z dna, w czym razem z Podolakiem byliśmy najlepsi) nazywałam „wielką smutą”. Resztę godzin spędzaliśmy próbując zrozumieć kiedy prawo Henriego, Boyla, a kiedy Clapeyrona i co do czego. Jak ustawiać gradienty i co to jest – tak naprawdę – M value. No i planowanie nurkowania – matematyka wyraźnie nie jest naszą najmocniejszą stroną. Pomocny okazał się DecoPlanner – tyle tylko, że nawet tutaj trzeba myśleć samemu i wprowadzać pewne zmiany.

Wreszcie w niedzielę wyrok – kto z nas co musi poprawić. Nie ma lekko – trzeba nadal pracować nad sobą. Każdemu postawione zostało jakieś konkretne zadanie i teraz nie ma wyjścia jak włazić co chwila do wody i próbować. Kiedyś – być może – uda się osiągnąć perfekcyjną lekkość baletnicy, mimo tych kilkudziesięciu kilo na plecach.

Wszystkie zdjęcia z Canona Marcina


Mania




Mania padła...


Pół kadry...


Pół kadry...


Zanim Trebi przyjechał trzeba bylo wykorzystać sytuację...


Bohaterowie przed akcja...


Kluskozagadka...


Brzydkie kaczatka...


Z tego przyjdzie pisać test, wiec trzeba sie skupić...


Szpulka napadła...


 Strona istnieje dzięki gościnności firmy PRO-CONTROL Sp. z o.o. dzwiad.com | caramba.pl